W Hongkongu protestujący używają laserów przeciwko rozpoznawaniu twarzy

Protesty społeczne i niepokoje w Hongkongu przeszły na wyższy poziom, kiedy zamiast koktajli Mołotowa i gazu łzawiącego zastosowano wyższą technologię. Jeśli wcześniej protestujący chowali twarze pod bandażami i maskami, to teraz są uzbrojeni w potężne światła laserowe. Z ich pomocą rebelianci próbują wyłączyć lub przynajmniej oślepić policyjne kamery wideo.

Obecny konflikt w Hongkongu ma złożoną fabułę. Formalnie mówimy o proteście przeciwko deportacji miejscowych przestępców do Chin kontynentalnych, gdzie będą sądzeni na podstawie surowszych przepisów. Mówiąc szerzej, istnieje niebezpieczeństwo dla Hongkongu, że jego system prawny zostanie wchłonięty przez ten używany w Chinach. Mieszkańcy Hongkongu desperacko chcą pozostać niezależni, ale długotrwałe walki uliczne skłoniły chińskie władze do określania protestujących jako terrorystów.

Problem w tym, że około miliona ludzi wyszło na ulice Hongkongu, a tylko kilka tysięcy z nich jest naprawdę agresywnych. Z kolei policja wykorzystuje kamery monitorujące do śledzenia prowokatorów i sabotażystów oraz identyfikacji ich za pomocą systemu rozpoznawania twarzy. A to, zdaniem Hongkongów, jest również symptomem tłumienia wolności i totalitaryzmu, które przynoszą im Chiny kontynentalne.

W odpowiedzi na wykorzystanie systemów nadzoru lasery pojawiły się w arsenale protestujących. Nie systemy bojowe, ale te używane do organizacji pokazów świetlnych. Z ich pomocą rebelianci oślepiają policję i próbują dostać się do obiektywów aparatu, aby utrudnić im pracę.